Obudził mnie deszcz. Podparłam się na łokciach i rozejrzałam. Okolicę spowiła mgła. Była to dosyć wczesna godzina, jeszcze przed wschodem słońca.
Gdzie się nie rozejrzałam, tam widoki zapierały dech w piersi. Mikey już nie spał, był cały przemoczony. No tak, oddał mi poprzedniego wieczoru bluzę. Głośno ziewnęłam. Jednak zmęczenie i niewyspanie daje o sobie znać. Chłopak spojrzał w moją stronę.
— Widzę, że księżniczka już się obudziła.
— A jak - mruknęłam ziewając po raz kolejny.
— Zbliżamy się powoli do celu.
W jednym momencie ogarnął mnie strach. Mikey wypowiedział te słowa z taką lekkością jakby go to w ogóle nie przejęło. Boję się. Tak cholernie się boję tego, co mnie tam czeka. Nie mam pojęcia o niczym. Nie wiem jak się mam zachować, co zrobić, co mówić, gdzie iść. Przez większość pozostałej drogi milczałam wpatrując się w wodę i spokojne ruchy chłopaka. Dopiero teraz dostrzegłam jaki był umięśniony. Musiał mieć naprawdę sporo siły w rękach, wiosłowanie szło mu całkiem dobrze.
Lekkie fale, jakie powodowała łódka, wewnętrznie uspokajały. Oparłam się o boczną ściankę i pochyliłam ku rzece. Przed oczami mignęły mi dwie ryby. Uśmiechnęłam się na ten widok.
— Znalazłam nam obiad! — radośnie krzyknęłam.
Chłopak tylko popatrzył na mnie wymownym wzrokiem, nie wiedząc co mam na myśli.
— Ryby. Zjedzmy ryby — wskazałam palcem na wodę.
Mikey niechętnie zabrał sie za łowienie. Sama starałam się mu pomóc. Była to dla mnie swego rodzaju rozrywka. Nieźle się uśmiałam widząc nieporadnego chłopaka próbującego złapać nasz obiad.
W końcu mu się udało. Zatrzymaliśmy się na chwilę na lądzie, aby upiec i skonsumować zdobycz. Ryba była lekko słona i miała w sobie dużo ości, jednak mimo wszystko zjadliwa i nie taka zła jak się spodziewałam.
— W takich warunkach to wszystko smakuje — dźgnęłam mojego towarzysza w ramię.
W odpowiedzi mruknął coś niezrozumiałego i zabrał się za gaszenie ogniska. Widać było, że chłopak zmęczony i nie skory do jakiejkolwiek rozmowy.
— Mogę wiosłować za Ciebie — zaproponowałam. Musiał w końcu odpocząć. W nocy chyba w ogóle nie spał.
— Nie. Dzięki — rzekł oschle, złapał za wiosło i skierował się w stronę łódki.
Szarpnęłam go za bluzkę. Odwrócił się i uniósł jedną brew ku górze ze zdziwienia.
— Daj to.
— Nie. Zostaw mnie.
— Cholera, co się z tobą dzieje?
— Nie twoja sprawa.
— Jak nie moja, idioto!
— No kurwa, nie twoja!
— Chcesz, żebyśmy się pokłócili przed samym końcem!?
— Zrozum słonko — ściszył głos — nie rusza mnie już to.
— Nie wierzę ci.
— Przekonasz się na miejscu. Ja odbębniłem swoje zadanie, koniec z opiekowaniem się bachorami.
Zamilkłam. Czy to oznacza, że mnie opuści jak dotrzemy na wskazane miejsce? Tak to miało wyglądać od początku? Zdecydowanie za wcześnie mu zaufałam. Ze złości łzy same napływały mi do oczu, jednak starałam się powstrzymywać płacz.
Chłopak zarobił ode mnie solidnego plaskacza w twarz.
— Kłamałeś — szepnęłam patrząc mu w oczy.
— Bywa — po raz kolejny odrzekł nie wyrażając jakichkolwiek emocji.
Nie wierzę. Po prostu nie wierzę. Nie wiem co się z nim stało przez noc, wcześniej był zupełnie inny.
Wsiadłam do łódki. Mikey zaraz za mną. Nic nie mówił, kątem oka zauważyłam, że jego ruchy były niespokojne. Denerwował się. Starałam się nie skupiać na naszej sprzeczce. Zerknęłam na niebo. Było bardzo ładne, pogodne. Słońce nie prażyło aż tak, ptaki śpiewały. Dzień zapowiadał się naprawdę świetnie. Moją uwagę przykuł zamek, zbudowany najprawdopodobniej w stylu romańskim, wznoszący się na wysokim wzgórzu. Chłopak zauważył jak wpatrywałam się w potężną budowlą.
— Jesteśmy na miejscu — mruknął.
Ogromne miasto wyłoniło się zza pagórka. Można by rzec, że było zbiorowiskiem przeróżnych stylów.
Gdzieś w oddali piętrzyła się gotycka katedra, na niewysokiej górce widniał renesansowy ratusz. Kamienice mieszczan zbudowane były w stylu secesyjnym, a przepiękna barokowa brama witała przybyszów. Nawet nie zauważyłam kiedy łódka przestała płynąć. Mikey właśnie przycumował ją. Znajdowaliśmy się w niewielkim porcie. Skrzypiące deski i spruchniałe drewniane barierki ukazywały starość tego miejsca.
Chłopak pośpiesznie prowadził mnie w głąb miasta.
Nie zdążyłam nawet zachwycać się perełkami architektury z bliska. Skręcaliśmy co chwilę w wąskie uliczki. Mieszkańcy patrzyli się z dziwnym niepokojem wymalowanym na twarzy, a dzieci wytykały nas palcami.
— O co chodzi, Mikey? — szepnęłam.
Nie raczył nawet się odwrócić.
— Zdzira — usłyszałam z lewej strony.
— Jak dobrze, że ją złapali — komentowała kobieta z prawej. Starzec przede mną zaczął się głośno śmiać, a jego wzrok wyrażał pogardę. Ktoś inny splunął na mnie. Szarpnęłam mojego towarzysza i popatrzyłam mu prosto w oczy. Były pełne smutku.
— Powiedz mi, do cholery, co tu się dzieję.
— Dowiesz się — szepnął.
Próbował zachować powagę, z marnym skutkiem. Wyglądał jakby zaraz miał się rozpłakać jak małe dziecko.
Zatrzymałam się, wzrokiem szybko szukałam drogi ucieczki. Padło na tunel nieopodal. Powolnymi krokami oddaliłam się od chłopaka aż zaczęłam biec. Ktoś zawołał za mną. Słyszałam jak Mikey klnął na całe miasto. Wpadłam do tunelu. Na środku znajdował się mały sklepik. Weszłam do niego. Nie było tam nikogo prócz ekspedientki. Młoda dziewczyna z uśmiechem na twarzy przywitała mnie i była bardzo miła, dopóki nie skapnęła się kim jestem. Zaczęła piszczeć. Zatkałam jej buzię.
— Ciszej, bo zlecą się tu nieproszeni goście.
Zaciągnęłam ją na zaplecze sklepu.
— Zdejmij z siebie ubrania! — rozkazałam.
— A-ale... proszę pani — drżał jej głos.
Bała się mnie. Przyznam, bardzo fajne uczucie, gdy ktoś czuje respekt do ciebie.
Sama pośpiesznie zrzuciłam swoją spódniczkę i koszulkę, aby za chwilę podać jej moje ciuchy.
— Mała zamiana nikomu nie zaszkodzi, prawda? — uśmiechnęłam się szeroko.
Dziewczę niepewnym ruchem ręki podało mi swoje ubrania. Wślizgnęłam się w nie. Długa do ziemi suknia była lekko obcisła, za to buty pasowały idealnie.
— Gdzie masz nóż?
Wystraszona dziewczyna przez chwilę nie wiedziała co powiedzieć.
— Szybciej! - ponagliłam ją.
— T-tam... - wskazała na szufladę.
Pośpiesznie wyjęłam ostrze i jednym szarpnięciem obcięłam swoje długie brązowe włosy. Teraz sięgały mi do połowy szyi. Idealnie.
— A ty...
— Lidia - przerwała mi.
— Lidio, zamknij sklep i zostań na tym zapleczu. Nikomu się nie pokazuj w tych ubraniach i jeśli będzie to możliwe, przebierz się. A i radzę nikomu nie wspominać o zaistniałej sytuacji - pomachałam jej nożem przed twarzą co musiało zrobić na niej duże wrażenie. To młoda dziewczyna, nie zrobi głupstwa i nie poleci się poskarżyć. Za bardzo się boi. Na oko ma góra piętnaście lat. Takim dosyć łatwo wmówić bzdury, łykną wszystko.
Lidia skuliła się w kącie i zasłoniła twarz dłońmi.
Nagle jakoś tak szkoda mi się jej zrobiło... Ugh. Anioły miały przecież pomagać, a ja robię wręcz odwrotnie. Ach... ja nie jestem Aniołem.
Wzrokiem szybko ogarnęłam pomieszczenie. Z lewej strony znajdowały się małe drzwi. Prawdopodobnie wychodzą na jakieś podwórko. Postanowiłam to sprawdzić. Ze sklepu nie wyjdę, ludzie widzieli, gdzie biegłam. Drzwi prowadziły do kolejnej uliczki, co mnie lekko zdziwiło. Nagle z tyłu usłyszałam głos Mikey'go. Jakim cudem tak szybko mnie znalazł?
Poczułam ból w łydce, a następnie uderzenie w głowę. Przed oczami pojawiły mi się gwiazdki. Usłyszałam głos.
— Myślałaś Selio, że cię nie poznam? Jaka szkoda, że aż tak nie wierzysz w moje możliwości. Twoje skrzydła są twoim przekleństwem.
Nagle zapanowała głucha cisza, a wszystko wokoło spowiła ciemność.