sobota, maja 28

Rozdział 2

Otworzyłam delikatnie oczy, ostre promienie słoneczne raniły mój wzrok czego skutkiem było chwilowe oślepienie. Po chwili jednak mogłam wyraźnie dostrzec otaczające mnie przedmioty. Podparłam się na łokciach i dokładnie zilustrowałam całe pomieszczenie; ściany były w kolorze pudrowego różu, natomiast meble wykonano z drewna. Urzekło mnie ich delikatne zdobiennictwo, nienachalne, a idealnie pasowało do malowniczego dywanu i aspektów architektonicznych pokoju. Okna były wąskie, ale za to sięgały prawie samego sufitu. Przyozdobiono je bogato wyglądającymi zasłonami w rubinowym kolorze. Wnętrze swoim wyglądem przypominało jedną z pałacowych sal.
Wstałam z łóżka i podeszłam do lustra. Mój wizurenek nie był taki jak zwykle. Miałam skrzydła. Najprawdziwsze w świecie skrzydła jakich mnie pozbawiono wysyłając na ziemię. Tylko zaraz, zaraz. Pozbawiono mnie, więc jakim cudem je mam? Chyba mój mózg zaczyna płatać mi figle, najlepiej będzie jak się przewietrzę.
Podeszłam do okna. Było lekko uchylone, wychyliłam się.
Widniał tam zupełnie inny świat; moim oczom ukazały się strzeliste wieżyczki sięgające ponad chmurami oraz bogaty ogród u bram tego budynku.
W oddali rozciągało się pasmo gór, niżej znajdował się las.
Cała kraina wyglądała bajecznie. Obróciłam się na pięcie. Przede mną stała mrocznie wyglądająca postać. Twarz miała skrytą za czarną chustą, a na głowie kaptur. Przyglądała mi się czarnymi jak węgiel oczami i szeptała niezrozumiałe słowa, a z każdym kolejnym wypowiedzianym zdaniem zbliżała się do mnie. Chwyciła mnie za rękę i bardzo mocno ją ścisnęła.
– Auł! – pisnęłam.
Z wrażenia nie zdążyłam nic więcej wypowiedzieć, mój wzrok powędrował na ściskaną rękę. Ukazały się na niej dziwne znamiona, jakby tatuaże. Kątem oka spostrzegłam, że tajemnicza osoba uniosła lekko w górę kąciki ust z zadowolenia. Zdziwiło mnie to.
– K-kim ty jesteś? – zapytałam z lekkim strachem.
Tajemnicza postać to wyczuła. Wyczuła mój strach i obawę przed nią. Zaśmiała się psychicznie ukazując szereg kieł zamiast zębów. Momentalnie zdarła z siebie czarne ubranie. Z pleców wyrastała para skrzydeł, niżej był ogon, a na głowie dwa małe rogi.
Zamarłam z przerażenia, postanowiłam się zamachnąć i ją uderzyć, jednak w połowie tego ruchu przypominało mi się jakie niebezpieczeństwo niesie ze sobą dotknięcie przez anioła diabła. Stałam teraz z uniesioną w górze ręką co mogło wyglądać dosyć dziwnie. Diabeł zaczął się rozmywać, zanim jednak całkowicie zniknął wypowiedział cztery słowa w zrozumiałym dla mnie ludzkim języku - "Twoje znamię jest przeklęte" i w tym momencie cały pokój wraz z nim pochłonęła jedna wielka czarna dziura. Miałam w głowie pustkę i wciąż słyszałam jego głos. Jego przerażający głos. Moja świadomość nadal istniała w tej wielkiej czarnej pustce. Po upływie nieokreślonego czasu zaczęłam się dusić. Dusiła mnie i przytłaczała ta cała niewiadoma przestrzeń, gdy w oddali dało się ledwo usłyszeć wołający głos:
– Obudź się. Hej, no obudź się.
Ktoś ewidentnie szturchał mnie. Otworzyłam oczy. Stał nade mną ten koleś z kawiarni. Był bardzo przerażony. Ktoś, kogo wcześniej uważałam za istotę pozbawioną jakichkolwiek emocji, był przerażony.
– Co ci się stało? – jego cudowny głos przywrócił mnie już całkowicie do rzeczywistego świata.
– N-n-nic – wydukałam.
– Miałaś wizję... – wymruczał pod nosem, bardziej do siebie niż do mnie.
Wpatrywałam się gdzieś w dal. Chciałam uniknąć jego wzroku, jednak na marne.
Złapał moją twarz w dłonie i spojrzał wzrokiem pełnym litości.
– Chciałbym móc ci powiedzieć, że to nic takiego, jednak nie mogę. – ścisnął mocno moją rękę, a znamię znów pojawiło się w całej okazałości – Zostałaś napiętnowana przez Diabła, Diabła z prawdziwego zdarzenia, ale... – uśmiech zagościł na jego twarzy – musisz coś wiedzieć, też jestem diabłem, taak... wiem jak to tragicznie brzmi w dobie tych złych zdarzeń – przerwał i zamyślił się na chwilę – jestem dobrym Diabłem – wybuchnęłam śmiechem. Kiedy jeszcze byłam Aniołem uczyli nas, że nie ma czegoś takiego jak "dobry" Diabeł, wśród tych istot istnieje tylko i wyłącznie zło. Ich czarna dusza nie ma jak się oczyścić. Tak właśnie duchowo zbudowane są istoty: czy to Anioł, czy Diabeł, każdego dusza ma określony kolor i określony poziom czystości. Dla takich zwykłych duszyczek jak ja ciężko jest to pojąć, nie zajmowałam się nigdy oczyszczaniem dusz, ani uzdrawianiem, więc małą mam wiedzę na ten temat. Koleś wyjątkowo zdezorientowany wpatrywał się we mnie.
– Co jest? Coś ci nie pasuje?
– Anioł i Diabeł, a tobie coś w tej relacji pasuje? – znów się roześmiałam.
– Ach... – mruknął – Nie wierzysz w moją dobroć... No cóż, nie potrafię ci jej udowodnić, jeśli chcesz żyć musisz mi zaufać.
– Co to ma znaczyć? – zaniepokoiły mnie jego słowa.
– Nic, zupełnie nic. Po prostu pozostawiona sama sobie zginiesz prędzej, czy później. Oni na ciebie polują. To bardzo niemądre ze strony twoich bliskich, że wyrzucili cię z ich ziemi i serc pozbawiając jakiejkolwiek samoobrony. Nie masz skrzydeł, a pozostawiona ci namiastka mocy jest iluzją, zwykłym złudzeniem. Te moce nie istnieją na prawdę, one są tylko w twojej wyobraźni. Zwykła sztuczka, którą są obdarzone Upadłe Anioły.
Zaniemówiłam. Czemu moi bliscy tak postąpili, dlaczego dowiaduję się tego od obcej mi osoby... A jak on kłamie żeby zdobyć moje zaufanie? Niee, to chyba niemożliwe, nikt nie wie o tym, że mnie wygonili.
– I teraz nie będziesz się odzywać, bo trafiłem w sedno?
– Możesz mi dać chwilę na przemyślenia? Dziękuję?
– Co tu jest do przemyślenia, to prosta sytuacja. – wyciągnął rękę w moją stronę – Chodź, musimy ruszać.
– Gdzie?
– W podróż. Jak tu zostaniesz to cię Oni dopadną.
– Ech, niech ci już będzie.
Delikatnie podałam mu dłoń. Teraz dopiero zauważyłam, że jest ona czysta i schludna, a paznokcie równo obcięte. Najwidoczniej kiedy spałam ktoś się mną zajął.
Jeszcze raz rozejrzałam się po pomieszczeniu żegnając je wzrokiem. Kiedy wyszliśmy z komnaty niesamowita architektura pałacu i delikatne zdobienia uderzyły prosto w moją duszę. Kocham sztukę. Hol był wyjątkowo długi, na podłodze były ogromne marmurowe kafle, ściany miały kolor chłodnego odcienia niebieskiego, gdzieniegdzie przeplatane białymi akcentami. Co jakiś czas wisiały na ścianie ogromne lustra, które miały za zadanie optycznie powiększać pomieszczenie. Żyrandole imponowały rozmiarami i bogactwem surowców jakich użyto do ich wykonania. Piękne same w sobie również były ogromne wrota, zrobione najprawdopodobniej z drewna sandałowego. Wszystko to dopełniała wyszukana sztukateria. Było na co popatrzeć i do czego powzdychać, dlatego podróż przez ten hol długo nam zajęła. Musiałam zatrzymywać się co chwilę i analizować każdy kawałek ściany, czy podłogi. Naprawdę piękne to wszystko.
W końcu opuściliśmy pałac kierując się w stronę ogrodu. Od razu przywitał nas zapach różanych krzewów i bzów. Imponująca była ilość roślin. Na każdym kroku inny krzaczek, czy kwiat. Na środku stała fontanna, również pięknie ozdobiona i wcale nie odstająca wyglądem od bogatego pałacowego wystroju.
Co jakiś czas mój towarzysz zerkał na mnie. Nie starał się jakoś specjalnie ukryć rozbawienia na widok mojego zachwycenia się tym cudnym ogrodem.
Szturchnął mnie lekko w boczek.
– Wyglądasz jakbyś pierwszy raz w życiu oglądała rośliny – uśmiechnął się.
– To... To jest po prostu piękne!
Roześmiał się.
– W takim razie zrobimy mały odpoczynek, pokażę ci moje małe sekretne miejsce.
Złapał mnie za rękę i zaczął prowadzić bocznymi alejkami. Zerkałam ukradkiem na jego dłoń trzymającą moją. Poczułam dziwne dreszcze, takie same jak poprzednio.
Kurde, co się do cholery ze mną dzieje!? Sel, uspokój się!
Nie wiem, czy to przez jego piękne blond włosy, czy sportową figurę, ale tak być nie może. Wyrwałam rękę jakby mnie to conajmniej parzyło. Chłopak odwrócił się i popatrzył na mnie wymownym wzrokiem, ale niczego nie skomentował. Po prostu dalej szłam za nim. Musieliśmy się przeciskać przez ogromne ściany bluszczu. Szczerze, to nic przyjemnego, mój towarzysz co jakiś czas pofatygował się, żeby odcinać roślinę nożykiem, jednak przez większą część podróży odsuwał zwisające pędy. W końcu dotarliśmy na miejsce. Przede mną ukazał się małych rozmiarów wodospad i rzeczka. Usiadłam na ziemię, podziwiałam i rozmyślałam nad urokiem tego miejsca.
– A tam – chłopak wskazał palcem na wodospad – Tam znajduje się półka skalna, można na niej siedzieć i moczyć nogi.
– Skąd znasz to miejsce?
– Z dzieciństwa. Jak jest się małym wypierdkiem większość czasu spędza się na dworze. Nudziły mnie te pałacowe ogrody, gdzie wszystko było w idealnym porządku, na każdym kroku idealnie co do milimetra strzyżone krzewy i kwiaty rosnące w określonym układzie. Poszukiwałem mojego idealnego miejsca, bez układu i harmonii. I tak znalazłem to. – zrobił ruch ręką.
– To ci się udało – uśmiechnęłam się.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy komentarz.
Motywuje mnie on do dalszego pisania.