Poczułam jak ktoś brał mnie na ręce.
— Spokojnie Sel, śpij — szepnął Mikey.
Chłopak wyszedł z chaty niosąc mnie na rękach.
— M-Mikey — wydukałam.
— Śpij
— Gdzie idziemy?
Uśmiechnał się i przeczesał ręką moje włosy odgarniając samotny kosmyk z twarzy.
— Nic się nie martw, możesz spokojnie spać — szepnął wpatrując mi się w oczy.
Czy już wpominałam, że ma czarujący głos? No właśnie.
Pamiętam, że szliśmy chwilę, może dłuższą, może krótszą, szybko zasnęłam, nie za bardzo przejmując się tym, co się wokół mnie działo.
Pojedyncze kosmyki moich włosów wesoło tańczyły na wietrze, słońce niemiłosiernie paliło skórę, a trawa delikatnie łaskotała moje stopy. Otworzyłam oczy rozglądając się na boki. Leżałam na polanie, wokoło rosły piękne kwiaty, które uwodziły swoim nieziemskim zapachem. Usiadłam po turecku zrywając przy okazji jeden mak. Chciałam nacieszyć się tą chwilą jak najdłużej. Była o wiele przyjemniejsza niż te wszystkie wędrówki i czyhające za rogiem niebezpieczeństwo.
Mikey siedział wpatrzony w las, z którego, jak mniemam, właśnie wyszliśmy. Las z boku wyglądał cudownie. Był jak z bajki. Szkoda, że tak naprawdę skrywał tajemnicę.
Głośno westchnęłam odrzucając roślinę, którą trzymałam, na bok. Chłopak odwrócił się w moją stronę.
— Wypoczęta po wczorajszej akcji?
— Niezupełnie. Zostańmy tu jeszcze trochę.
Chłopak popatrzył na niebo. Mój wzrok powędrował zaraz za nim. No tak, słońce wskazywało południe co było równoznaczne z tym, że powinniśmy już ruszać,
— Sel — szepnął.
— Wiem, musimy się zbierać — wstałam otrzepując się z ziemi.
Mój towarzysz patrzył na mnie zaskoczony, jakby zdziwiła go moja natychmiastowa reakcja.
— Skoro tak uważasz — powiedział bardziej do siebie niż do mnie i sam się podniósł.
Wyciągnął do mnie dłoń ze znaną mi już rośliną.
— Jedliśmy kilka godzin temu, więc pewnie jesteś bardzo głodna.
Wzięłam niechętnie dużego liścia i powoli przeżuwałam. Mikey szybko zjadł swoją porcję, pewnie mówiąc o głodzie miał bardziej na myśli siebie niż mnie.
I tak właśnie wyruszyliśmy, znowu.
Szliśmy przemierzając bezkresne tereny zieleni, nie odzywaliśmy się do siebie, aż w końcu dotarliśmy do rzeki. Nie był to mały górski strumyczek, a rwąca szeroka rzeka.
— Mam dla ciebie nowinę — zaczął Mikey — zbliżamy się do końca naszej podróży. Szczerze powiedziawszy zaplanowałem ją na maksymalnie tydzień, a my już idziemy osiem dni licząc od momentu naszego spotkania. Wlicza się w to też twoja wędrówka po lesie, gdyby nie to, bylibyśmy trzy dni do przodu — burknął.
— Ale jak to już koniec? Mówiłeś, że ktoś nas ściga, że będzie okropnie niebezpiecznie, że, że...
— Spokojnie. Zbliżamy się do miasta — krzyknął równocześnie szukając czegoś — To tam znajduje się siedziba starców, o której ci opowiadałem. Co do tych niebezpieczeństw, myślałem, że naprawdę będzie ich sporo. Aż dziwne, że żaden Pogromca nie pofatygował się, żeby nam przeszkodzić w wycieczce. No, nie licząc tej niespodziewanie miłej wizyty na początku. Cholera, to zbyt dziwne.
— Co masz na myśli? — zmartwiło mnie to.
Chłopak podszedł do mnie.
— Po prostu nieproszeni goście pałętający się po tych terenach nie są mile widziani, zaraz zlatują się nie zbyt fajne osoby, ci z wyższych sfer wysyłają tu swoich... zmieniają zwierzęta, rośliny, ludzi, wszystko przeciwko intruzom — szeptał — Rozumiesz już? To zbyt dziwne, że tutaj nic się nie dzieje, że jest tak cicho. Małe zadrapanie zadane przez wilka jest niczym, nieszkodliwa wizyta Pogromców to pikuś. Coś tu się dzieje, tylko teraz za bardzo nie wiem co, ale powinniśmy być bardziej ostrożni, szczególnie, że jesteśmy coraz bliżej miasta. A i jeszcze jedno — jeszcze bardziej ściszył głos — jeśli wydarzyło się coś dziwnego w tym lesie kiedy byłaś tam sama, powinnaś mi o tym natychmiast powiedzieć. Otworzyłam oczy szeroko ze zdziwienia. Postanowiłam sobie, że nikomu nic nie powiem. Ręce zaczęły mi lekko drżeć, ciało zalały zimne poty. Łapał mnie stres. Paskudny stres. Mikey wpatrywał się we mnie w milczeniu.
Podejrzewał.
W końcu jednak odszedł, jakby zrezygnowany, że nic ode mnie teraz nie wyciągnie. Wszedł w jakieś krzaki i wygrzebał z nich małą łódkę.
— Popłyniemy rzeką. Przynajmniej trochę odpoczniemy od ciągłej wędrówki.
Chłopak zabrał się sprzątania naszego transportu, ogarnął gałęzie, wyjął liście, aby zaraz łódka mogła znaleźć się na wodzie. Przywiązał ją szurem, by nie odpłynęła, a potem wrócił do mnie i złapał za rękę. Przy brzegu rzeki podniósł mnie, tak, abym nie zmoczyła butów i wsadził do środka. Zerknęłam na Mikey'go. Pochłonięty był odwiązywaniem sznura. Wlepiłam wzrok w podłogę. Była zrobiona z drewnianych desek, gdzieniegdzie "załatana" jakimś sztucznym tworzywem. Pewnie miała już swoje lata. Wszystko działo się szybko. Nurt rzeki popchnął nas w dół doliny.
Przetarłam zmęczone oczy, łódka kołysała się spokojnie. Okolicę oświetlał blask księżyca. Świetnie widoczne były gwiazdy. W miejscu, w którym mieszkałam nie było widać gwiazd, tylko same światła tętniącego życiem miasta. Cała ta atmosfera wydawała się być oklepana, melancholijna. Łódka, dwójka osób, noc, gwiaździste niebo. Płynęliśmy cały czas w milczeniu. Nie specjalnie interesowała mnie rozmowa, Mikey'go chyba też nie, choć ukradkiem zerkał na mnie co jakiś czas.
Położyłam się i odwróciłam plecami w stronę chłopaka.
Moje poruszenie zbiło go z rytmu wiosłowania i wpatrywania się w taflę wody. Słyszałam jak zdejmuje swoją bluzę, aby następnie mnie nią przykryć. Zamknęłam oczy. Nie chciało mi się spać, wolałam rozmyślać. Właśnie za to kocham noc.
Usłyszałam głębokie wzdychania ze strony mojego towarzysza. Chwilę po tym przesunął się w moją stronę.
— Wiesz co Sel — szepnął — lubię cię i zrobię wszystko, żeby nic ci się nie stało. Może i się nie znamy, pewnie mi nie ufasz, zdaję sobie z tego sprawę, ale pamiętaj o tym, że możesz na mnie liczyć.
Wstał, a łódka lekko się zachwiała. On myślał, że śpię. Nie spodziewałam się po nim takiego wyznania. Kiedy się irytował zgrywał twardego, nie przejmującego się niczym faceta. Nie pokazywał się od tej wrażliwszej strony. Otworzyłam oczy. Pierwszy raz ujrzałam go w pełnej okazałości. Miał skrzydła. Małe czerwone skrzydła diabła. To je ukrywał pod bluzą. Od początku nie kłamał co do tego, kim jest. Może naprawdę powinnam mu w pełni zaufać?
— Mikey — szepnęłam, a chłopak lekko zdezorientowany odwrócił się w moją stronę. Zauważyłam w jego oczach niepewność.
— Dzięki — uśmiechnęłam się mimowolnie — Poza tym naprawdę świetnie ci w tych skrzydłach, nie musisz ich ukrywać, to prawdziwy atrybut.
Na jego twarzy pojawił się mały nieśmiały uśmieszek, który natychmiast zastąpiło zmartwienie. Podeszłam do niego bliżej. Zmarszczył czoło. Odepchnął mnie lekko.
— Co się dzieje?
Milczał.
— Nie chcę naciskać. Jak będziesz gotowy zawsze możesz przyjść się wygadać.
Ledwo zauważalnie skinął głową i zaraz zabrał się za ponowne wiosłowanie.
Usiadłam obok niego, spojrzał na mnie. W jego zielonych oczach widniał ból, a z kącika oka spływała jedna samotna łza. Nic nie mówiłam. Nie mogłam. Oparłam głowę o jego ramię i wpatrywałam się w dal. To naprawdę melancholijna, oklepana atmosfera.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za każdy komentarz.
Motywuje mnie on do dalszego pisania.