piątek, kwietnia 21

Rozdział 5

Obudziłam się dosyć wcześnie. Nie wiem ile przespałam, może z cztery, pięć godzin. W każdym bądź razie nie byłam dostatecznie wyspana. Odczuwałam zmęczenie w każdym centymetrze mojego ciała. Spojrzałam na miejsce w którym spał Mikey. Kurde, nie było go tam. Nie wiem, gdzie go wcięło. Chyba by mnie nie zostawił? Choć z drugiej strony dziwię mu się, że po tej nocy miał jeszcze siłę, aby tak wcześnie wstać. 
Nagle do pomieszczenia wszedł Strażnik. 
– O, nie śpisz już? Twój chłopak poszedł zdobyć zapłatę dla mnie. 
– Co to znaczy "zdobyć"? 
– Prościej mówiąc, udał się na polowanie. 
– Co!? W takim stanie!? Jeszcze mi powiedz, że polazł z tym marnym łukiem!
Facet stał się wyraźnie wkurzony, podszedł do mnie i jedną ręką chwycił za gardło. 
– Nigdy nie śmiej się tak mówić o tej broni w moim towarzystwie – syknął i mnie puścił oddalając się dwa metry dalej. 
Zachwiałam się, ból głowy rozwalał mnie od środka, jednak to nie powstrzymało mnie przed wybraniem się na poszukiwania mojego towarzysza. Wyszłam z chaty jak burza, a na pożegnanie widowiskowo trzasnęłam drzwiami. 

Biegłam cały czas przed siebie, kiedy nagle na drodze wręcz wyrósł gruby korzeń. Nie zwracałam uwagi na ścieżkę, dlatego też runęłam na ziemię potykając się. Zdarłam całe swoje podkolanówki, od kolana aż po kostkę pięknie prezentowała się dość spora dziura. 
– Cholera – szepnęłam sama do siebie. Był to chyba jedyny ciuch w mojej garderobie, którego tak uwielbiałam. Ludzie muszą mieć wyjątkowo ciekawe życie kiedy ciągle mogą zmieniać swoje ubrania. Anioły nie mogą, ja nie mogłam. Mają góra trzy stroje dopasowane do różnych sytuacji, których swoją drogą jest niewiele. W chmurach, pośród których znajdują się nasze miasteczka nie istnieje coś takiego jak pogoda, nasze ciuchy nie mają też jak się brudzić, dlatego każdy chodzi ciągle w tym samym. 
A tu proszę, taki pech. Wstałam otrzepując się z ziemi i rozejrzałam się dookoła. Las wydawał się teraz jakiś bardziej przyjazny. Jakby współgrał z tobą, zapraszał aby wejść głębiej i głębiej. Aby się w nim zatracić, zgubić, stracić poczucie czasu i orientację w terenie. Chyba zbyt urzekła mnie ta przyroda, bo kierowałam się w głąb lasu, szłam jak zaczarowana, jakby mi zagrano. Mikey odszedł na bok, tak pięknej przyrodzie nie ma co się równać. Ptaki nagle ucichły, wszelka zwierzyna nie zapuszczała się w takie tereny, jakby mieli szósty zmysł i wyczuwali niebezpieczeństwo, a ja beztrosko szłam głębiej i głębiej i jeszcze głębiej. Znalazłam się w miejscu bardzo zapuszczonym, w miejscu, w którym promienie słonecze nie mogły się przedrzeć, nawet sędziwe drzewa, zamiast promieniować i szokować swoim długim żywotem, odstraszały i odpychały od siebie. Kwiaty tu nie rosły, za to las zamieszkiwały wszelkie trujące odmiany grzybów, trawa była jakby zgniła zamiast soczyście zielona. Drzewa porastał mech, który, wydawać by się mogło, rósł tu obojętnie, bez życia, jego kolor również pozostawiał wiele do życzenia. Nie była to zwykła roślinność, ona tylko z pozoru żyła w środku i na zewnątrz gnijąc. Uchodziła z nich życiodajna energia. Gdzie ta przyroda, która tak pięknie zapraszała mnie do siebie? Wokoło było szaro i ponuro. Nie dziwię się, że oprócz mnie, żadnego żywego ducha w pobliżu nie było. A zapowiadało się tak cudownie. 
Nagle otworzyły mi się oczy. Skoro nikogo tu nie ma to musi być jakiś powód tego, prawda? Czy ten las omamia ludzi zagarniając zabłąkanych w tak okropne miejsca? Czemu to służy? Zaczęłam biec ile sił w nogach, a ogromne korzenie jakby na złość mi wyrastały z ziemi, potykałam się co chwilę. Do tego doszły ogromne gałęzie, wystając mi przed nosem uderzały mnie w twarz. W końcu upadłam, ten moment kulminacyjny musiał nadejść. Ileż można działać przeciw naturze, która chce cię z całej siły zatrzymać w tym miejscu?  Wręcz natychmiastowo, zanim zdążyłam wstać, ogromne liny bluszczu oplotły moje nogi. Na nic zdawała się szamotanina i próbowa wydostania, roślina mocno ścisnęła moje dolne kończyny, aby za chwilę opleść się też wokół moich rąk. Coś tu nie gra. Coś tu mocno nie gra. Właśnie bluszcz przytwierdzał mnie do drzewa, o co do cholery chodzi? Krzyczałam z całych sił. Ta pozornie zwykła roślinka tak ściskała moją skórę, że zaczęła lecieć mi krew. Kropelka do kropelki powoli spływały w stronę ziemi. Ziemia stawała się jakby łapczywa na kolejne porcje krwi. Bluszcz jeszcze mocniej ścisnął mi kończyny, strużki krwi coraz to szybciej kapały. Kap, kap, kap. Ziemia łykała wciąż nienasycona i spragniona większych porcji. Zerwał się spory wiatr, zza wysokich konarów ukazały się związane bluszczem szkielety. Wzdrygnęłam się widząc to. Las właśnie w tych ostatnich chwilach mojego żywota postanowił ukazać swoje prawdziwe oblicze. Natura zabijała. Zabijała omamionych wcześniej spacerowiczów. Czy tak to wszystko ma się skończyć? 
Wiało coraz to silniej, szkielety bujały się w przeróżne strony. Nie wiem ile zmarło tu osób, w całym tym miejscu co dwa, trzy metry wisiały ich kości. Dopatrzyłam się nawet rozkładających ciał. Wzięło mnie na wymioty. Powstrzymałam jednak reakcję mojego organizmu i ponowiłam wołanie. Krzyczałam, szamotałam się, wyrywałam. 
Wszystko na nic. Z bezsilności zasnęłam. 

Obudziłam się, kiedy całą krainę już dawno ogarnęła ciemność. Za dnia było tu naprawdę przerażająco, ale w nocy... w każdym bądź razie nikomu nie polecam znaleźć się w takiej sytuacji z własnej głupoty. Naprawdę nie mam pojęcia jakim trafem ja jeszcze żyję. Czemu przyroda nie wycisnęła ze mnie całego życia do ostatniej kropli krwi. Poczułam smród spalenizny. Również oplatający mnie bluszcz już nie naciskał na moją skórę. Co tu się stało - wciąż zadawałam to pytanie w myślach. Było ciemno, nie mogłam nic zobaczyć. Ruszyłam nogą, najpierw jedną, potem drugą. Nic mnie nie trzymało, mogłam spokojnie się ruszyć. Moje podkolanówki były całe podziurawione przez roślinę i upadki. Bosą stopą postawiłam krok na ziemi. Wyczułam popiół, zrobiłam drugi krok. Miałam wrażenie jakbym brodziła w pozostałości po ognisku. Jakoś wymacałam drogę, potem zaczęłam biec ostatkiem sił. Spalenizna powoli się rozpływała w powietrzu, trafiłam na polanę. Noc była jasna. Chyba się wydostałam z tego koszmaru. Teraz pytanie jak ja mam wrócić do chaty, jak odnaleźć Mikey'go. Tęsknię. Tak cholernie tęsknię. Upadłam na ziemię, wspaniale pachniała. Zatracając się w smaku wolności zasnęłam. Ponownie. 

Obudziły mnie pierwsze promienie wschodzącego słońca. Rozejrzałam się dookoła, jedno jest pewne - już tu byłam. Zdałam się na instynkt, weszłam ponownie do lasu w celu odnalezienia drogi do chaty. Nie było łatwo, gubiłam się tak przez następne kilka godzin, aż w końcu nagrodą za to poświęcenie okazał się być najlepszy widok na świecie - chata Strażnika. Delikatnie, bez użycia jakiejkolwiek większej siły, zapukałam. Usłyszałam jak z kanapy zrywa się postać i podbiega do drzwi, to był Mikey. Nic nie mówił. Stał i zszokowany wpatrywał się we mnie. Wpatrywał z widoczną ulgą. Przytulił mnie. Nikt nigdy tak mocno mnie nie tulił jak on. Nie chciałam przerywać, nie odzywałam się, a z tego tulenia prawie nie oddychałam. W końcu mnie puścił i gestem ręki zaprosił do środka. Kazał usiąść. Przyniósł gorącą herbatę i owinął mnie kocem, sam usiadł obok.
– Gdzie Strażnik? – Ledwo co wydukałam z siebie te słowa. 
– Poszedł na obchód lasu, wspominał coś, że bardzo rzadko odwiedzana, środkowa część spłonęła. 
Popatrzyłam na niego, serce mi przyśpieszyło. To właśnie ta część, w której byłam więziona. Nie chcę mu o tym mówić. Powinnam, ale nie chcę. I cholera jasna, kto lub co pomogło mi się wydostać, jak ten las spłonął, jak!? 
– Jesteś zmęczona, sponiewierana. Sel, co się stało? – Pytanie chłopaka wytrąciło mnie z rozmyślań. Spodziewałam się tego. 
– Poszłam cię szukać – Odparłam zgodnie z prawdą – Jednak zgubiłam się i tak przetrwałam noc. Jestem zmęczona, co chwilę potykałam się o wystające gałęzie bądź kamienie. 
– Cholera, Sel. Nie było cię całe trzy dni! 
Serio aż tyle czasu zleciało? Ten las potrafi nieźle omamiać ludzi, naprawdę nieźle. 
Mikey wpatrywał się we mnie ze smutkiem. To był bardzo głęboko ukryty smutek, nie dawał po sobie poznać, że się martwił, przejmował. Widziałam to w jego oczach. W jego błękitnych oczach. 
– Przez ciebie straciliśmy trzy dni drogi! TRZY DNI! Nie, nie przez ciebie... – Zamilkł na chwilę, aby zaraz powrócić do swojego wywodu. Czyżby jego reakcją obronną na smutek była złość?– Przez twoja głupotę! Wróciłbym z tego polowania prędzej, czy później, ale na pewno nie przesiadywałbym w lesie tyle czasu co ty! – Miałam ochotę wygarnąć mu prosto w twarz jakim jest dupkiem. Bo jest. Tego nawet mówić nie trzeba. Udaje pieprzonego ignoranta. Ukrywa swoje prawdziwe emocje. Na co mu ten cały teatrzyk? 
Mikey nie miał zamiaru mnie oszczędzić, dalej ciągnął swój wywód, który skończył się na paplaninie o tym, że z mojej winy musiał iść na to polowanie. Tak, pieprzony ignorant do niego idealnie pasuje. Może się już zaczynać przyzwyczajać z tym identyfikować. 
– A teraz musimy zostać tu na noc – Powiedział już nieco spokojniej po chwili ciszy – Musisz odpocząć – Głośno westchnął i wstał, aby podać mi jedzenie. Na talerzu znajdowała się usmażona ryba razem z ziemniakami. Ot taka obiadokolacja.

Położyliśmy się spać dosyć wcześnie, aby rano być w pełni wypoczęci. Mój towarzysz tym razem uparł się, abym spała na kanapie. Nie zdawał się przejmować ewentualnym powrotem Strażnika do domu, a wraz z nim - jego krzykiem. Sam usadowił się zaraz obok mnie i złapał moją rękę. Ciekawe, pewnie nie chce, żebym znowu mu uciekła. Zaśmiałam się w duchu. Strażnik nie wrócił na noc do chaty. Obawiam się, że ściga tego kto mi pomógł, swoją drogą ciekawe, czy on o tym wszystkim wie i czy to go przypadkiem nie zezłościło. A może to on wszystko zaplanował? Przeróżne myśli krążyły mi po głowie nie pozwalając zasnąć. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy komentarz.
Motywuje mnie on do dalszego pisania.