Szliśmy już długo, w sumie nic nie nadchodziło, jeszcze, jak to twierdził Mikey.
Słońce zaczęło zachodzić, a polanę powoli spowijała ciemność.
– Szlag by to trafił – mruknął pod nosem – Mamy przed sobą w cholerę drogi, a teraz musimy się zatrzymać na odpoczynek.
– Yhm... Spoko.
– Dla ciebie może i tak – przerwał na chwilę – Wyruszymy w nocy.
– Coo!? Nie!
– A czemu to? Czyżbyś się bała ciemności? – uśmiechnął się.
Zawsze to robił, kiedy chciał mnie wkurzyć. Był tak wyjątkowo irytujący, dziwię się sama sobie, że go lubię.
– Ugh, nie ważne. Znajdźmy już to schronienie – odparłam na zaczepkę. Skinął tylko głową przyznając mi rację. Chyba nie miał ochoty wdawać się ze mną w dyskusję. Bezszelestnie poruszał się do przodu, nie oglądał się na boki. Był skupiony na drodze. Nagle cofnął się dwa kroki do tyłu, odwrócił do mnie i pokazał, abym była cicho. Mikey wyciągnął miecz. Pierwszy raz ujrzałam tak bogato zdobione ostrze. Klejnoty, które się na nim znajdowały, odbijały ostatnie promienie zachodzącego słońca pięknie się przy tym błyszcząc.
– Cholera, Sel – wyszeptał – Nie mam jak cię bronić, nie dam rady jak nas otoczą.
Z drugiej pochwy wyciągnął mały poręczny mieczyk.
– To dla ciebie – podał mi ostrze. Nie było tak pięknie zdobione jak jego, ot taka zwykła broń do samoobrony. W sumie nie znałam się na tym, nigdy nie walczyłam.
– Umiesz się tym posługiwać?
– Nie bardzo.
– Kurwa – klnął cicho pod nosem. Odłożył miecz z powrotem do pochwy. Mi polecił zrobić to samo, a następnie złapał mnie za ręce i spojrzał głęboko w oczy.
– Słuchaj, nie jest dobrze. Dziś pełnia. Mamy jakieś pół godziny, góra godzinę na znalezienie schronienia. Wezmę cię na barana, tak będzie szybciej.
Nie za bardzo spodobał mi się ten pomysł, jednak już za późno na jakąkolwiek dyskusję. Podniósł mnie. Muszę przyznać, że dosyć wygodnie się na nim siedziało dopóki nie zaczął biec. Biegł przed siebie nie zważając na nierówną powierzchnię.
Nie wiem ile metrów, kilometrów już mieliśmy za sobą. Polana nie była długa, rozciągała się bardziej na szerokość, więc szybko znaleźliśmy mały lasek.
Był on bardzo zaniedbany, bujna roślinność zakrywała dawne ścieżki, ciężko było się w nim odnaleźć. Wszędzie rosły bardzo stare sędziwe drzewa, które porastał mech.
– No – burknął Way – Koniec tego biegania – Postawił mnie na ziemię.
– Co teraz?
– Zastanawiam się, czy lepiej poszukać schronienia, czy się bronić.
– Bronić? Przed czym?
– Wilkołakami. Oj pełno ich w tym lesie, szczególnie teraz, kiedy jest pełnia.
– Nie mówisz chyba poważnie, czemu nie mogliśmy na spokojnie być w ludzkim świecie, tam nic nam nie grozi.
– Tak się tylko tobie wydaje. Ludzie są bezpieczni tylko przez swoją niewiedzę – zaśmiał się – Chyba mam pomysł. Wdrapiemy się na drzewo i poczekamy.
Zrobiłam zniesmaczony minę i ukradkiem spojrzałam na swoją spódniczkę i cienkie podkolanówki. On chyba żartuje, że wdrapię się na drzewo w takim stroju. Mikey powędrował wzrokiem za mną, szybko zrozumiał o co chodzi.
– Problemem mogą być ciuchy, ale nic złego się nie stanie jeśli to tu, to tam rozerwiesz spódnicę – uśmiechnął się, choć mogłabym przysiąc, że nie był to zwyczajny uśmiech, a uśmiech zboczeńca.
Popatrzyłam na niego spod byka i zaczęłam się wdrapywać. Nie byłam nawet na wysokości dwóch metrów, kiedy właśnie w tejże chwili moja nieumiejętność wspinania postanowiła się odezwać. Runęłam na ziemię. Mój towarzysz nawet nie pofatygował się, aby pomóc mi wstać tylko chamsko się ze mnie naśmiewał.
– Widzę, że nie tylko ciuchy będą tu problemem – odparł ledwo powstrzymując śmiech.
Wstałam otrzepując się z ziemi.
– Wdrapię się pierwszy na tamtą gałąź – wskazał na najniżej rosnącą gałązkę – A potem podam ci rękę.
Skinęłam głową na znak zgody. Gdy już wszedł zrobił tak jak zaplanował - teraz o wiele łatwiej było mi się wdrapywać mając przed sobą wystawioną dłoń gotową w każdej chwili mnie pochwycić, abym nie spadła. Jak już usiadłam obok chłopaka ten położył swoje ręce na moich ramionach. Był bardzo ostrożny.
– Przed nami jeszcze dwie gałęzie. Nie możemy być tak nisko, to raptem dwa metry. Powtórzymy patent sprzed chwili i jakoś damy radę.
Trudne to nie byłe, aczkolwiek do najprzyjemniejszych zadań też nie należało. Dosyć szybko nam poszło, nim się obejrzalam już znajdowałam się na wysokości około ośmiu metrów, gdzie mogłam się już na spokojnie usadowić i czekać. Nie wiedziałam czego się spodziewać.
– Przesuń się w tamtą stronę– Wskazał na najgrubszą część gałęzi – Jak wilkołaki odkryją gdzie siedzimy będą próbowały się tu dostać, może trochę trząść. Najlepiej złap się jakiejś innej gałęzi, albo... – Usiadł blisko i mnie objął jedną ręką, drugą natomiast podtrzymywał się, abyśmy obydwoje nie spadli. Czułam się trochę niezręcznie, jednak czego nie robi się dla bezpieczeństwa.
Nagle księżyc wyłonił się zza chmur, było słychać pierwsze wycia. Mieliśmy sporo szczęścia skoro zdążyliśmy uporać się z tym na czas.
Usłyszałam zbliżającą się zwierzynę i trochę się wzdrygnęłam, kiedy ujrzałam wyłaniające się z krzewów pierwsze sztuki. Pewnie byli głodni, jedni zaczęli cicho skomleć, drudzy nawoływać kolejnych. Grupa znajdująca się na uboczu pobiegła w stronę polany.
– Prawdopodobnie wyczuli krew – Mikey szepnął mi do ucha.
Nie trzeba było długo czekać, kiedy banda tych stworzeń wróciła ze zdobyczą. Ich ofiarą okazała się mała sarenka. Nie zbyt przyjemnie się oglądało tę ucztę.
– Ile to potrwa? – Zapytałam najciszej jak się dało, ale chyba zbyt głośno.
W jednym momencie kilkanaście par oczu zwróciło się w naszym kierunku i zaczęli dobierać się do drzewa. Skakali, warczyli i wyli. Całe to przedstawienie przyciągało jeszcze więcej ich braci. Nagle szarpnęli tak mocno, że mój towarzysz momentalnie zleciał na niższą gałąź.
– Mikey!
– Siedź tam spokojnie i się nie ruszaj. Trzymaj się mocno.
Przytuliłam się do drzewa nie spuszczając wzroku z chłopaka.
Way wyciągnął w razie czego miecz. I w sumie słusznie, jeden z wilkołaków widząc całą sytuację zaczął bardziej napierać na drzewo. Udało mu się zrzucić Mikey'go na jeszcze niższą gałąź i teraz bez trudu mógł go dosięgnąć. Łzy napłynęły mi do oczu.
Wilkołak zaatakował go gryząc w rękę. Z tej odległości nie mogłam ocenić jak głęboką ranę pozostawił. Chłopak zaciekle się bronił. To starcie z góry było przesądzone. Stworzenie zostało pozbawione głowy. Martwy zleciał na ziemię. Po tym jeszcze więcej napierali na drzewo, w końcu udało im się zrzucić Way'a na ziemię. Dobrali się do jego nóg, zachłannie odgrywali materiał jego spodni, aby za chwilę pozbawić go ubrania i rzucić się na mięso. Nie wiem co by było, gdyby nagle nie pojawił się nasz wybawiciel, z oddali było słychać strzały puszczane z łuku, które lądowały w karku, albo z tylnej strony tych potworów. Jeden po drugim padały. Reszta się spłoszyła.
Szybko zeszłam na dół, dokładnie obejrzałam rany, jakie mu zadały.
– Kurwa – usłyszałam. Leżał widocznie zmęczony, krew z ramienia leciała mu strumieniem. Ściągnęłam jedną podkolanówkę starając się zrobić opaskę uciskową i zatamować krew. Za krzewów wyłoniła się postać dorosłego mężczyzny. Poobwieszany był przeróżnymi skórami, w prawej ręce trzymał łuk, zaś na plecach niósł worek ze strzałami.
– Ledwo zdążyłem. Co robicie w tej części lasu?
Mikey milczał. Ja też. I tak nie wiedziałam co powiedzieć.
– Jeśli chcecie milczyć, wasza sprawa – Skierował się w stronę krzewów z których wyszedł.
– To Strażnik Lasu, Sel – wyszeptał chłopak – Zostaw mnie i idź za nim. Jeśli się tobą nie zaopiekuje to przynajmniej wyprowadzi z lasu. Tacy jak on nie lubią nieproszonych gości na swoim terenie,
– Jesteś debilem!? – Wydarłam się, a to zwróciło uwagę owego faceta – Nie zostawię cię – szepnęłam.
Mężczyzna odwrócił się na pięcie i spojrzał na mnie.
– Może mu pan pomóc?
– Pomóc zawsze mogę, jednak moja pomoc ma swoją cenę.
– Szczegóły ustalimy później, a teraz niech mi pan pomoże – próbowałam podnieść Mikey'go, jednak na marne.
Strażnik Lasu gwizdnął dwa razy, po czym chwilę później zjawiły się dwa dziki.
Wsadził na ich grzbiety chłopaka i zaprowadził nas do swojej chaty.
Chata miała jedno ogromne pomieszczenie i mały wychodek z boku.
Na środku stał dywan ze skóry dzika, na przeciwko małych rozmiarów skórzana kanapa, którą zdobiły ładnie wyrzeźbione drewniane nóżki. Wszystkie meble były tu z drewna, pięknie rzeźbione, niektóre nawet zdobiły delikatne malowane ornamenty.
Z lewej strony znajdowało się małe okno, po jego prawej stronie stała ogromna szafa, natomiast po lewej komoda. Na przeciwko okna znajdował się piecyk, a zaraz obok szeroki na metr i długi na dwa metry stół. Ścianę dekorowały malowidła i głowy zwierząt, za to na komodzie była wystawa czaszek jeleni. To wszystko robiło na mnie ogromne wrażenie. Mężczyzna położył Mikey'go na kanapę i opatrzył mu rany. Uklękłam obok mojego towarzysza.
– Jak się czujesz?
– Ugh... – burknął – Nienajlepiej.
– Będzie dobrze – cmoknęłam go w czoło na pocieszenie. Chłopak otworzył szeroko oczy ze zdziwienia, a ja wstałam.
– Możemy zostać tu do jutra? – Zwróciłam się do Strażnika.
– Jasne, jednak uwzględnij w tym droższą zapłatę – mruknął podając mi i Mikey'mu talerz zupy grzybowej – Spać możecie co najwyżej na ziemi, z tym, że na dywanie zmieści się tylko jedna osoba.
– Nie masz drugiego w zapasach?
– A widzisz żebym miał tu jakieś zapasy? – Odparł swoim skrzeczącym głosem.
Spojrzałam na Way'a i się szeroko uśmiechnęłam.
– W takim razie to oczywiste kto z nas będzie spał na dywanie.
Chłopak wydał z siebie cichy pomruk niezadowolenia, ale co on, biedny kaleka, ma teraz do gadania.
Kiedy zjedliśmy usadowiłam go właśnie na tymże dywanie, ponieważ stary pryk u jakiego byliśmy zdążył już pomarudzić jak to mu mój kaleka pobrudzi krwią kanapę.
Zdążyłam też wyłudzić jakiś koc, aby go przykryć. Mikey przez chwilę kłócił się ze mną, abym spała obok niego, bo usilnie chciał się kocem podzielić. W sumie to miłe jak z wrednej osoby stał się taki przyjacielski. Szybko zasnęliśmy, straciłam poczucie czasu, jednak myślę, że było wtedy około drugiej w nocy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Dziękuję za każdy komentarz.
Motywuje mnie on do dalszego pisania.